września 19, 2018

Do tego nigdy się nie przyznam!

Są takie historie, o których człowiek najchętniej by zapomniał, schował głęboko w czeluściach umysłu. Jednak przy niektórych okazjach wypływają na wierzch, a Ty masz ochotę spalić się ze wstydu. Do czego nigdy się nie przyznam?




Studia były dla mnie okresem nie tylko wytężonej nauki i pracy, ale również imprez. Chyba nigdy w swoim życiu nie imprezowałam tak, jak na studiach. Być może dlatego, że miałam zgraną paczkę, w której wystarczyło hasło: "to co dziś robimy?" i wiadomo było, że zorganizujemy jakiejś wyjście i zabawę. Muszę przyznać, że po okresie liceum, studia były dla mnie zerwaniem się ze smyczy. W pewnym momencie zachłysnęłam się wolnością. Choć tak naprawdę nie upijałam się do nieprzytomności, nie ćpałam i nie wychodziłam z klubu z przypadkowymi chłopakami. Moja wolność polegała na zabawie z dużą dozą szaleństwa, ale jednak była to zabawa kontrolowana. Idąc na studia podjęłam pracę, co prawda na pół etatu, ale jednak jakieś pieniądze miałam, które mogłam śmiało przeznaczać na swoje rozrywki. Fakt, że nie musiałam brać pieniędzy od rodziców, również zapewniał mi dużą dawkę swobody.

Wspominając czasy studiów, a zwłaszcza wyjazdu do Lublina na studia magisterskie, mogę powiedzieć jedno: nie wiem, jak udało mi się zdać wszystkie egzaminy na piątki i czwórki i napisać pracę magisterską, a następnie obronić się na 5. Dwa lata studiów magisterskich to była jedna wielka impreza. Wówczas również pracowałam na pół etatu, by odciążyć rodziców, którzy płacili za stancję, a ja mając naukowe stypendium i pracę miałam się utrzymać. Takie rozwiązanie nauczyło mnie jednego - imprezowanie, imprezowaniem, ale trzeba umieć zaoszczędzić pieniądze, aby pod koniec tygodnia nie wracać do domu z zablokowanym kontem. Mogę powiedzieć, że te dwa lata nauczyły mnie gospodarowania pieniędzmi, choć ostatnio ta umiejętność zeszła u mnie na dalszy plan.

Wychodząc z założenia, że im mniej wiedzą rodzice, tym lepiej śpią, jako przykładna córka n ie dałam im poznać, że w Lublinie szaleje. Choć myślę, że mama przeczuwała, że jej córeczka wcale taka święta nie jest.

Patrząc z perspektywy czasu dziękuję Bogu, że nam się nic nie stało lub w najlepszym przypadku nie skończyłyśmy na komendzie. Pamiętam sytuację, kiedy po imprezie w klubie wracałyśmy do domu autobusem. Siedziałyśmy zmęczone i zblazowane, a przed nami jakiś facet wykonywał obsceniczne gesty. A my zamiast przesiąść się, uśmiechałyśmy się do niego jak głupie. Jedna z przyjaciółek, zachowała się na tyle przytomnie, że w ostatniej chwili wyciągnęła nas z autobusu, a przed nim zamknęły się drzwi. A co by było, gdyby wysiadł za nami? Jak to się mogło skończyć? Wolę o tym nie myśleć. Innym razem, kłóciłam się z policjantami, że wcale nie odpalam papierosa na stacji iw cale nie jestem pijana, bo mogę zrobić jaskółkę. Do dziś nie wiem, dlaczego nie tylko nie zostałyśmy spisane, ale nie dostałyśmy pouczenia czy mandatu. Choć może pouczenie jakieś było, ale tego nie pamiętam :) Jeszcze kilka tego typu sytuacji było, ale o nich przemilczę, bo blog od czasu do czasu czytają osoby, które niekoniecznie muszą wiedzieć, jak szalałam w trakcie studiów :)

Zebrało mi się na wspominki, ale ma to jeden zasadniczy powód - jak to będzie, jak mój syn będzie nastolatkiem, pójdzie na studia? Czy będzie szalał, imprezował czy wręcz przeciwnie. Dzisiejsze czasy są zupełnie inne, młodzież bawi się inaczej i inne zagrożenia na nią czyhają. Wiem, że można powiedzieć, że martwię się na zapas, ale czas tak szybko leci, że może już za chwilę mój słodki czterolatek będzie nastolatkiem. I będzie chciał spędzać czas, jak większość jego kolegów. Wiem, że nie upilnuję go, nie dam mu szlabanu na wychodzenie z domu. Musi przeżyć swoje i swoje doświadczyć. Ja n ie przeżyję za niego życia. Mam zamiar opowiedzieć mu jak to było kiedy mama była w liceum czy na studiach. Chciałabym, aby z tych sytuacji wyciągnął właściwe wnioski - zabawa tak, ale bezpieczna.

Wszystko co robię do tej pory, czyli rozmowy o emocjach, o uczuciach, zapewnianie mu bliskości, tolerancji i zaspokajanie jego potrzeb, robię z myślą o przyszłości.Dużo rozmawiamy, on opowiada mi o swoim dniu w przedszkolu, ja mu opowiadam o pracy. Robimy wiele rzeczy razem, staram się zawsze poświęcać mu maksimum mojej uwagi. Widzę, jak tego potrzebuje, jak potrzebuje poleżeć minutę z ranę wtulonym we mnie. Jak potrzebuje po przedszkolu, żebym potrzymała go za rękę i była obok niego. Staram się zaspokajać jego potrzebę bliskości i miłości. Robię to  z myślą o tym, że mój syn zawsze będzie wiedział, że ma we mnie oparcie. Nawet jeśli zrobi coś głupiego, ja będę przy nim.

Pozwalam mu na samodzielność, na poznawanie świata tak jak chce. Nie bronię mu spróbować wejść na wyższą zjeżdżalnię, nie bronię mu samemu się ubrać czy posmarować chleb masłem. Angażuje go we wszystkie prace domowe, nie wyręczam go. Mam nadzieję, że to zaprocentuje, że w przyszłości nasza relacja będzie tak samo zdrowa, jak teraz, że Janek będzie mówił mi o wszystkim, bo nie będzie się bał, że się od niego odwrócę. Mam nadzieję, że to, jak napełniał dzban jego potrzeb i uczuć w przyszłości pozwoli mu korzystać z niego, bez obaw, że "stara znowu będzie zrzędzić".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podobał Ci się tekst? Zostaw swój komentarz

Copyright © 2016 Mama na wypasie , Blogger