października 14, 2017

Poronienie - kiedy szczęście znika razem z krwią

15 października - Dzień Dziecka Utraconego,niestety to także mój dzień, dzień, w którym moje myśli kieruję w stronę Mojego Kropka. Najtrudniej przeżywa się żałobę, gdy nie ma możliwości zobaczenia ciała zmarłego....

poronienie i co dalej


To był zwyczajny poranek, nieróżniący się niczym od poprzednich. Zaczynałam 11 tydzień, upragnionej ciąży, ciąży o którą walczyłam prawie rok! Wstałam, zjadłam śniadanie, po porannej toalecie, wyszykowałam się do pracy. Jednak cały czas towarzyszyła mi czarna myśl, która co jakiś czas dochodziła do głosu. Teraz z perspektywy czterech lat, nie umiem powiedzieć jak ta myśl była sformułowana, wiem natomiast że ją czułam. Nachodziła mnie w najbardziej nieoczekiwanych momentach dnia. Jednak praca, zakupy, codzienne czynności pozwalały ją odgonić. Ot, hormony myślałam.

Po pracy poszłam do rodziców, nie chciało mi się gotować, a mama zaprosiła na pyszną zupkę. Czemu nie skorzystać? Do autobusu wsiadłam pełna niepokoju i wciąż nie mogłam pozbyć się czarnej myśli. Wydawało mi się, że ciążowe hormony zaczynają szaleć, bo jeszcze wczoraj śmiałam się z byle głupoty, a dziś zbiera mi się na smutek. I znów odgoniłam myśl w najdalsze zakątki głowy. Ale myśli towarzyszyło jeszcze coś... złe samopoczucie. Byłam jakaś rozbita. Niby nic mnie nie bolało, nie miałam gorączki, żadnych objawów przeziębienia, ale czułam się źle. Mama zaproponowała, że odwiezie mnie do domu, żebym położyła się i odpoczywała. I faktycznie całe popołudnie przeleżałam...

Ale najgorsze zaczęło się wieczorem. Postanowiłam wziąć prysznic i wcześniej położyć się spać. Kiedy poszłam do łazienki, na papierze toaletowym zobaczyłam krwawą-brązową plamę. O nie! Teraz myśl, która towarzyszyła mi w ciągu dnia ze zdwojoną mocą we mnie uderzyła. Spanikowana pobiegłam do męża, podjęliśmy decyzję, jedziemy na pogotowie, trzeba sprawdzić czy wszystko ok. Całą drogę miałam łzy w oczach, myśl uderzała we mnie niczym sztorm w mały statek. "Nie, to nie może oznaczać nic złego. Walczyliśmy o Ciebie tak długo, Kropku trzymaj się, mamusia nie da Ci nic zrobić" - myślałam nie mogąc powstrzymać łez.

Na pogotowiu, po badaniu lekarka stwierdziła, że plamienie do 3 miesiąca mogą się przytrafiać, więcej będzie wiedzieć po badaniu USG, ale może mi go wykonać dopiero rano. "Niech Pani zostanie na oddziale". Położyły mnie na sali z kobietami w zaawansowanej ciąży, a ja całą noc czytałam w internecie o przypadkach krwianienia, o tym jakie są szanse. A myśl nie dawała mi spokoju, nie pozwalała zasnąć. Rano, po obchodzie i rozmowie z sąsiadkami z sali, byłam jakaś bardziej zbudowana psychicznie, nawet myśli już nie słyszałam w głowie... Na USG szłam pełna nadziei.

Jednak lekarz bardzo szybko ją rozwiał: "Serce nie bije. Płód obumarł" - te słowa były dla mnie jak wyrok. Każda litera zadawała mojemu sercu niewyobrażalną ranę. A myśl cichutko triumfowała, przecież cały dzień mnie ostrzegała, że coś jest nie tak, że coś złego się dzieje.

"Nie! Nie! Nie! To nie może być prawda! Nie mój Kropek! Nie!" - chciałam krzyczeć na całe gardło, rzucić się na urządzenie USG i na nim wyładować swoją złość, rozpacz, bo jak to - to głupie urządzenie przekreśliło moje szczęście, zabrało mi Kropka... Lekarz próbował ze mną rozmawiać, pamiętam, że coś mówił, ale ja chciałam tylko wrócić do łóżka, zakopać się pod kołdrę i zostać sama, sama ze swoim bólem. W końcu dotarłam na salę, jedna z ciężarnych była podpięta do KTG. Słyszałam odgłos serca dziecka, serca które dla mnie przestało bić... Nawet nie pamiętam kiedy znalazłam się na innej sali, ze starszymi kobietami.. coś do mnie mówiły, ale pamiętam co. Ja tylko próbowałam zadzwonić do męża, chciałam żeby przyszedł do mnie, żebym mogła zniknąć w jego ramionach, chciałam, żeby powiedział, że to nieprawda.

Płakaliśmy razem i on i ja. Nie mogliśmy się pogodzić ze stratą. I jeszcze do tego ten zabieg, zabieg czyszczenia - swoją drogą super nazwa, bo z czego chcieli mnie wyczyścić z bycia matką czy z miłości do tej małej kropki widocznej na USG. Nie pamiętam, co mówili lekarze, nawet nie pamiętam  podania proszków, które miały wywołać poronienie. Pielęgniarka, która przyszła mi założyć wenflon powiedziała: "I po co tak płakać. Jesteś młoda będziesz miała dziecko"- tak tylko nie wiedziała jaką drogę przeszłam do zobaczenia dwóch kresek na teście.



Kiedy tabletki na poronienie zaczęły działać, czułam ból - nie tylko ból serca, bo przecież właśnie rozpadło się na tysiące kawałków, ale i rozdzierający ból brzucha. Nie przeżywałam swojego bólu w ciszy, darłam się jak opętana - chciałam wyrzucić z siebie moją rozpacz. Kiedy było "po wszystkim", serce wciąż mi krwawiło, ból rozdzierał każdą cząsteczkę mojego jestestwa, a ja czułam się pusta, pusta i bezwartościowa. Bo nie tylko nie mogłam od razu zajść w ciążę, ale nie potrafiłam jej utrzymać. Nie potrafiłam obronić mojego ukochanego Kropka. Nie zadbałam o niego. "Co ze mnie za kobieta? Nie powinnam określać się tym mianem". Ilość myśli, pomieszanych z bólem i wyrzutami względem siebie było tysiące. Pytania dlaczego tak się stało, wciąż na nowo do mnie wracały, a ja analizowałam swoje zachowanie, zastanawiałam się gdzie popełniłam błąd. Obwiniałam siebie, że to moja wina.

Nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca. Co noc śniło mi się dziecko, ubranka, szpital. ... Nie mogłam znieść pocieszenia typu: "jeszcze będziecie mieli czas na dziecko". Tak jakby Kropek był rybką w akwariumr, którą podmienia się zanim pociecha zorientuje się, że poprzednia zdechła. Nie zabawka i nie przedmiot. Czy wtedy naprawdę pocieszeniem była dla mnie wizja przyszłości, w której poznasz kogoś innego, nowego? Serio, to miało  pozwolić mi zapomnieć o bólu?

W domu byłam cieniem, najchętniej nie wychodziłabym z łóżka, cały dzień leżałam w piżamie i oglądałam zdjęcia z USG.  Długo nie mogłam się pogodzić z tym, że nie mam gdzie nawet zapalić świeczki, więc chodziłam na grób babci i tam symbolicznie paliłam dwa znicze, pomagało. Gdy czułam się źle płakałam, też pomagało. Wsparcie bliskich jest ważne, ale trzeba też samemu znaleźć sobie sposób na radzenie w chwilach kryzysu.  Mój mąż był cały czas koło mnie. Wspierał mnie, razem ze mną przeżywał stratę. Teraz z perspektywy czasu widzę, jak było mu ciężko. On przecież też cierpiał! W końcu mąż powiedział: "Wiem, że jest nam ciężko, ale zachowajmy wspomnienia, idź do fryzjera, wyjdź na rower, wyjdź z domu". I taki kop w tyłek był mi potrzebny. O wiele lepiej się poczułam, nabrałam sił. Bardzo pomogło mi również forum na stronie Stowarzyszenia Rodziców po Poronieniu - znalazłam tam mnóstwo wsparcia od osób, które przeżyły to samo.

Czas leczy rany, ale blizny pozostają. O Kropku wciąż pamiętam, 1 sierpnia każdego roku to dla mnie smutny dzień zadumy, przemyśleń. Czy Kropek okazałaby się chłopcem czy dziewczynką, jaki byłby/byłaby teraz, jak by się rozwijał/a. Wiem, że gdzieś tam z góry na mnie patrzy. Mimo, że minęły cztery lata i ból jest z każdym dniem mniejszy, to pisząc wspomnienie tego dnia łzy napływały mi do oczu, ręce się trzęsły. Ale chce dać wszystkim nadzieję, mimo że poronienie boli, wywołuje pustkę, ogromny ból, to trzeba mieć nadzieję. Wszak po każdej burzy wychodzi słońce! Moje wyszło trzy lata temu, a moja miłość do niego jest wzmocniona przez wszystkie wydarzenia, przez które przeszłam.

10 komentarzy:

  1. Ty wiesz Ja wiem co czujemy, co nasi mężowie czują. Ja sobie tłumaczę że Antoś po coś tam jest w niebie, że tam był bardziej potrzebny..... zawsze mwie że jestem mentalnie matką trzech synów a fizycznie dwóch. Tulę Cię mocno..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też czuję się matką dwojga dzieci... Mam nadzieję, że mój Aniołek patrzy na nas...

      Usuń
  2. Utwierdzam się w przekonaniu że nasze dzieci zjawiły się po coś. To dzięki nim wiemy co to jest prawdziwa miłość, prawdziwe szczęście i łzy, łzy szczęścia i rozpaczy. To dzięki nim mamy siłę aby powstać z kolan i odważnie spojrzeć w przyszłość na lepsze jutro. Dziś mój aniołek obchodziłby pierwsze urodziny, zamiast świeczki na torcie zapalam świeczkę na grobie mojej mamy. Mamy bo też nie ma grobu, jego grób na zawsze będzie w moim sercu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Straszna historia, którą przeżyło niestety wielu młodych rodziców / małżeństw / par... :( Łączę się w bólu...

    OdpowiedzUsuń
  4. Przykro mi, jednak wierzę, że wszystko wydarza się dla wyższego sensu, więc widocznie tak miało być. W tym ciężkim dniu, dużo spokoju życzę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo przykro czyta się takie historie, bo wcale nie jest łatwo się pogodzić ze stratą. Często nawet takie teksty "jesteś młoda, jeszcze będziesz mieć dziecko" tylko bardziej dobijają. Trzymam za Was kciuki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, tego typu słowa jeszcze bardziej wzmagają ból..

      Usuń
  6. Bardzo przykra historia, współczuję Tobie i Twojemu mężowi :( Nie wyobrażam sobie, jaki to musi być ból, ale pamiętam mój strach, gdy przez całą ciążę z nie do końca wyjaśnionych przyczyn plamiłam :( Pozdrawiam bardzo ciepło i serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie wyobrażam sobie bólu po stracie dziecka...

    OdpowiedzUsuń

Podobał Ci się tekst? Zostaw swój komentarz

Copyright © 2016 Mama na wypasie , Blogger